

Śnieg rysuje się miękkimi liniami na splątanym rysunku czarnych gałęzi, które za oknem, w nierównym Świetle ulicznych latarni, jarzą się migotliwie lub, w partiach bliższych oknu, puszystą bielą odcinają się od dalekiej, tajemniczej czerni nieba. To jeden z tych zaokiennych widoków, które tutaj, w tym domu, stale przenikają do wnętrza i nasycają przestrzeń obecnością natury.
Wiosną leciutkie barwy drzew owocowych nad białym murem otaczającym teren wodociągów stykają się od północy z szorstką zielenią czarnych sosen rosnących wzdłuż cmentarza. Latem wszechobejmująca zieleń zatapia wnętrze domu łagodnym, przesianym przez liście Światłem. Aż do pory zachodu słońca za włoską topolą, które, łapiąc po drodze płomyki nasturcji i ciemny szkarłat róż w ogrodzie, ostatnim blaskiem różowi biały mur na wschodzie, rozpala okna wysokiego budynku w głębi i wraca, by w odbiciach i refleksach biało ramowanych szybek, przezroczystych szkieł, flakonów i mosiężnych klamek zagarnąć dom i dopełnić codzienny spektakl.
To, co na zewnątrz domu, wprawdzie współtworzy jego nastrój, ale o jego tajemniczej i kontemplacyjnej aurze ostatecznie decydowały inne odniesienia. W oczach dziecka były to duże, stabilne, oszczędnie rozstawione meble z centralnym stołem w jadalni, szlachetne w rysunku przedmioty, a zwłaszcza obrazy na ścianach. Na nich dziewczynka rozpoznawała biały mur zza okna i rytm ciemnych drzew, twarz ojca z oknem werandy w tle, kobaltowy wazon na kredensie z biało kwitnącymi gałązkami i mamę odpoczywającą, jak nieraz, na leżance.

Przy stole nakrytym ciężką serwetą, zanotowałam widok pierwszy – sylwetki rodziców pochylone nad partią szachów. Widok drugi, trwalszy, bo powtarzany później, w pierwszym powojennym roku, to na tym samym miejscu ojciec pogrążony w lekturze, studiujący lub piszący, z czołem wspartym na dłoni, a czasem, kiedy był już ciężko chory i gdy zdawało się, że nikt go nie widzi – z głową rozpaczliwym gestem ukrytą w ramionach.
Moje najwcześniejsze wspomnienie ojca sięga chyba 1938 roku. Mogłam mieć wówczas niespełna trzy lata. Któraś z licznych ciotek przyniosła z miasta balonik, z którym nie mogłam się rozstać, więc uprosiłam naszą piastunkę Marysię, aby wieczorem przywiązała go do mego łóżeczka. Kiedy po dłuższym czasie ojciec przyszedł i zauważył, że nie Śpię, a stale bawię się balonikiem, zabrał go i przywiązał do poręczy balkonu za drzwiami werandy. Rano gorzkie łzy – balonik w nocy pękł. Jakże mnie mój ojciec przepraszał za tę mimowolną krzywdę, jak bardzo próbował pocieszyć w tym dziecięcym smutku!
Wspomnienie drugie, nieco późniejsze, także jest pełne napięcia. Głową w dół, krzycząc, spadałam po krętych schodach z pierwszego piętra. Za mną biegły, nie mogąc nadążyć, ciotki Cela i Marysia. Mosiężne listwy na krawędziach stopni błyszczały w przyspieszonym rytmie i już za moment głowa miała uderzyć w brązowo-białe flisy posadzki w sieni. I wtedy, w ostatniej chwili, znalazłam się bezpieczna w ramionach ojca, który w szarym kitlu, z pędzlami w dłoni, wybiegł na ratunek z drzwi na wprost. Do dziś pamiętam wyraźnie, ciepłe, słoneczne Światło znaczące plamami hall, ciszę niedzielnego popołudnia rozdzieraną moim krzykiem i ten bliski, ciepły, ojcowy zapach olejnych farb i rozpuszczonych żywic.
Musiało to być niedzielne popołudnie, co poświadcza jednoczesna obecność we wspomnieniu obu ciotek – i cioci Celi, która innego dnia byłaby w pracy, i cioci Marysi, która zapewne przyszła do nas z wizytą, a także ojca z pędzlami oderwanego od malowania. I nieobecność naszej niani, która miała w niedzielę po obiedzie „wychodne”. Nie wiem tylko, co wówczas malował ojciec – może właśnie „Biały mur” lub „Plażę”, a może „Martwą naturę z czerwonym dzbanem”? A gdzie była wówczas moja mama? Czyżby ze starszymi dziećmi – Markiem, Joanką i Różą, wybrała się na wieś, do swojego ukochanego Krąplewa?
Bo nasz dom, który i we wspomnieniu, i w widzeniu utrwalonym w obrazach ojca wypełniony jest ciszą i łagodnym sfumato półtonów, w istocie musiał być dość gwarny i kipieć życiem. Prawdę mówiąc, dziwię się, że ojciec tyle potrafił tu stworzyć i osiągnąć. Jeśli było to możliwe, to poza tak niezbędnymi warunkami, jak cechy osobowości – pasja twórcza, bogactwo Świata wewnętrznego i skupienie cechujące Jana Spychalskiego, działo się tak dzięki mojej matce – idealnej, jak dzisiaj to widzę, żonie artysty. Rodzice darzyli się głębokim uczuciem i okazywali sobie zawsze pełną atencji uwagę. Nawet w skrajnej podczas okupacji mieszkaniowej ciasnocie, kiedy już niemożliwe było rozgraniczenie Świata dzieci i dorosłych, nie przypominam sobie ani jednego wypowiedzianego przez nich do siebie niewłaściwego słowa lub tonu irytacji w dialogach. Moja matka nie tylko kochała swego „Janiczka”, ale rozumiała go, akceptowała bez zastrzeżeń i była mu całkowicie oddana. Była zdolna do wyrzeczenia się wszelkich przyjemności i podjęcia każdego trudu, przekraczającego zwykłe kobiece możliwości, aby pomóc mężowi i umożliwić mu pracę w najcięższych nawet warunkach. Sama pochodziła z domu, w którym zainteresowania duchowe, intelektualne i artystyczne, stały na pierwszym miejscu, przed potrzebami materialnymi. Toteż pasję twórczą męża ceniła, a jego malarstwo podziwiała i starała się zawsze, na ile to było możliwe, umniejszyć w oczach męża materialne kłopoty bądź samodzielnie im zaradzić. Pomagała jej w tym dzielnie najstarsza córka Joanna, przyszła malarka.
Nie przypominam sobie wprawdzie stresujących dzieci napomknień i uwag, aby zachowywały się cicho, bo ojciec jest w domu i pracuje, ale tak jakoś się działo, że rytm dnia, również zajęć dzieci, był dostosowany do koniecznych godzin skupienia dorosłych. A w naszym ludnym domu chodziło nie tylko o pracę mego ojca. Również o moją ciotkę Cecylię Świeżawską, starszą siostrę mojej matki, która zwykle wracała z ciężką, pełną książek i zeszytów teką z liceum im. Dąbrówki, gdzie uczyła języka polskiego. Spokoju potrzebowała też czasem moja cioteczna siostra i zarazem chrzestna matka Hanka Świeżawska, Świeżo upieczona absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Poznańskim. Jej brat Daniel ukończył właśnie studia prawnicze na Sorbonie i sposobił się do kariery w Paryżu.
Rodzice sprowadzili się tutaj po swoim Ślubie1 i krótkich potem wakacjach w Bukowinie Tatrzańskiej. Było to zapewne z początkiem września 1927 roku. Ta część Dębca urzekała nieomal wiejskim spokojem i bezpretensjonalną urodą zgrabnie zaprojektowanych domów, zanurzonych w zielonych ogrodach. Perspektywę krętych uliczek podkreślał rytm smukłych, żeliwnych, gazowych latarni i niepowtarzalna, malarska faktura bruków jezdni. Wysokie dachy kryte czerwoną dachówką wieńczyły szare i beżowe ściany, które patrzały różnych rozmiarów oknami, podzielonymi drobną kratownicą białych ram. W większości domów okna obejmowały skrzydła okiennic, a niekiedy wieńczyły żaluzje. Przy domach i na ulicy rosły rozmaite drzewa, dzisiaj już nie istniejące – nie tylko lipy, ale i kasztanowce, klony i sosny. Wiosną pachniały fiołki, bzy i jaśminy, jesienią z kolei czerwone festony dzikiego wina oplatały fasady i płoty.
Nasza narożna posesja (przy Lipowej, do 1939 roku należała jako nr 56 do ul. Wiśniowej), była dodatkowo izolowana od otoczenia wysokim murem z trzech stron. Tylko od strony położonego w zakątku ulicy wejścia miała drewniane sztachety na podmurowaniu. Zresztą i tu widoczność ograniczały wysokie krzewy suchodrzewu. Mój samodzielnie odkrywany horyzont kończył się na tym płocie, na szczeblach furtki pod białym bzem, do których przyklejałam buzię, wyglądając, czy mama nie wraca z biblioteki albo Joanka ze szkoły. A także tęsknym okiem Śledząc te dzieci, którym wolno było wyjść na ulicę i pobawić się na przykład w piaskownicy na pl. Lipowym. Z tej racji niewiele też osób z sąsiedztwa pamiętam sprzed wojny. Oczywiście, pamiętam najbliższych sąsiadów zza muru – pp. Jordanów od zachodu i Lewandowskich od południa. Posesja Lewandowskich oddzielała naszą od toru kolejowego. Rozbudowa ich Ślicznego, parterowego domku wzwyż i wszerz bardzo unieszczęśliwiła mego ojca, bo zamknęła mu daleki poprzednio i ładny widok. Nieco dalej, w głąb Lipowej, mieszkali państwo Stefanostwo Pełczyńscy, rodzina najbardziej z nami, a właściwie z moją ciotką i kuzynostwem przez młodzież zaprzyjaźniona. To zresztą jeden z niewielu dzisiaj domów w okolicy, w którym ciągle jeszcze mieszka ta sama rodzina. Z tamtych czasów kojarzę też sobie dom przy Bzowej i zamieszkujących go pp. Gąsiorowskich z synkiem Antosiem (od lat znanym profesorem historii na UAM i byłym prezesem PTPN), rówieśnikiem mojej siostry Róży. Podwieczorki w tamtejszym ogrodzie i wspólne z naszymi opiekunkami wyprawy do miasta były widocznie dla mnie niecodziennym przeżyciem.
Ojciec, wiem to od Matki, nie lubił codziennej drogi przez Lipową. Zbyt wiele spotykał natarczywych spojrzeń i chętnych do pogwarki osób. Wolał chodzić do tramwaju i z powrotem ulicą Wiśniową, wzdłuż cmentarza, wielkiego wówczas ogrodu Wolińskich, a dalej Wspólną, mijając niezabudowane parcele za wysokimi parkanami.

Moi rodzice nie utrzymywali zbyt żywych kontaktów sąsiedzkich, a także w ogóle nie prowadzili jakiegoś szczególnie barwnego życia towarzyskiego. Oboje wiele pracowali. Zawodowo – w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie, aby zarobić na potrzeby dużej rodziny, brali dodatkowe prace i godziny dyżurów oraz angażowali się – zwłaszcza ojciec – w opracowywanie bibliografii. Resztę energii mamy pochłaniał dom i wychowanie dzieci, ojciec zaś każdą wolną chwilę poświęcał rysowaniu, malowaniu, różnojęzycznym lekturom bądź pisaniu. Gości przyjmowało się dość rzadko i równie nieczęsto chodzili rodzice z wizytami. Istniał pewien niepisany rytuał i podział rodzinnych i przyjacielskich kontaktów. Poza podejmowaną wspólnie najbliższą rodziną, ojciec spotykał się zwykle sam ze swymi kolegami malarzami czy literatami, historykami sztuki bądź uczonymi. Kilku serdecznych przyjaciół jeszcze z okresu „Zdroju” i pracy ojca w „Ostoi”, jak Władysław Skotarek, Jan Wroniecki czy Artur Maria Swinarski, spotykało się dość regularnie na dyskusjach intelektualnych w kawiarni Dobskiego. Nieco później doszli do nich Wacław Taranczewski, Józef Krzyżański (który wspominał po latach, że poznał mnie jeszcze w wózeczku) czy Zdzisław Kępiński. Z tymi, którzy z Poznania wyjechali, jak Zenon Kosidowski czy Kazimierz Wierzyński, kontakt był sporadyczny i częściej listowny niż osobisty, z niektórymi jednak, jak Stefan Szmaj i jego żona Irena, Adam Bederski, poeta i były dyrektor Biblioteki Raczyńskich, czy małżeństwo Marii i Hipolita Ewert-Krzemieniewskiego, byłego starosty czarnkowskiego i wojewody pomorskiego w Toruniu, węzły przyjaźni zawiązane w czasie „Zdroju”, a podsycane spotkaniami wakacyjnymi, stawały się coraz mocniejsze i obejmowały całe rodziny.
Mama natomiast, poza tym, co wspólne, kultywowała żywe związki ze swą bardzo rozgałęzioną rodziną. Nieraz, jak pamiętam, dyskretnie przyjmowała gości w jadalni, nie informując ich, że nieco dalej, za barwną zasłoną z łowickiego pasiaka i szerokimi, dwuskrzydłowymi, oszklonymi drzwiami, mąż siedzi przed sztalugą w swojej pracowni.
Bo wówczas już Jan Spychalski wiedział, że jego powołaniem jest sztuka. Nie nauka, filozofia czy literatura, ale malarstwo. Od dawna podejmował pierwsze próby rysunkowe, które, oglądane dzisiaj, ukazują wielki talent. Karty zeszytu z tłumaczeniem Soliloquiów Św. Augustyna, za których piękno dziękował Jasiowi w 1919 roku Kazimierz Wierzyński, zawierają jednocześnie rysowane węglem i sangwiną autoportrety i fantastyczne winiety. Oryginalna, acz wskazująca znajomość współczesnej awangardy forma przedstawienia ujawnia i coś więcej – wyłaniający się z czerni i mroku wyraz intensywnych emocji i duchowego napięcia. Niewątpliwie, na kształt tych rysunków wpłynęło najbliższe otoczenie, Środowisko „Zdroju” i artystów z grupy „Bunt”, w którym ojciec wówczas przebywał. A może również pamięć niemieckich ekspresjonistów oglądanych wcześniej w Salonie Herwartha Waldena podczas studiów berlińskich?
Z lat 1919–20 datuje się też pewnie niebieski zeszyt z rysunkami ołówkiem i tuszem, wśród których przeważają kompozycje z aktami w pejzażu oraz fantastyczne stwory, a wyczuwalne są inspiracje kubizmem i formizmem.
Ale jednocześnie ojciec przechodził kurs biblioteczny prowadzony przez ówczesnego dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej S. Kunzego, zdał państwowy egzamin, a już wcześniej, od początku stycznia 1920 roku, zaczął pracować w tej instytucji. Ponadto toczyła się wówczas sprawa egzaminów związanych z planowanym doktoratem z filozofii na Uniwersytecie Poznańskim, na co w 1921 roku wyraził zgodę dziekan wydziału filozoficznego, prof. St. Dobrzycki. Ostatecznie ojciec pisania pracy nie podjął, a nieodległa w czasie seria linorytów, jak i małe zachowane obrazki olejne z 1923 roku (Świadczące wszak o wcześniejszych już próbach) wskazują, że twórczość plastyczna stawała się dla niego coraz częstszym i ważniejszym Środkiem wypowiedzi. We wczesnych latach 20., zgłosił się do Władysława Lama z prośbą o udzielanie mu lekcji rysunku i malarstwa. Szybko jednak obaj stwierdzili, że żadna nauka w sensie akademickim nie jest tu potrzebna, a mogłaby być nawet szkodliwa przez schemat, który przygasiłby oryginalność i Świeżość plastycznego widzenia nowego adepta sztuki. Tak więc rola Lama ograniczyła się do oglądania i uwag oraz przekazywania wiedzy o malarskiej technice2 . Choć i w tej sprawie ojciec swą wiedzę sam stale poszerzał rozległą lekturą, a praktykę własną odnosił do praktyki znanych europejskich malarzy i dawnych mistrzów. Przyniósł kiedyś Lamowi informacje o technice stosowanej przez Rubensa i zachęcił do wspólnego podjęcia podobnych prób – samodzielnego sporządzenia spoiwa do farb olejnych z dodatkiem bursztynu. Ten werniks, używany przez ojca później, dawał, jak twierdził Lam, niektórym jego obrazom wspaniałą powierzchnię emalii. I potem, co sama pamiętam, ojciec mój gromadził różne typy żywic, w tym także czereśniową z własnego ogrodu, które wykorzystywał do spoiw i werniksów.
Podobno jeszcze przed 1925 rokiem Lam oglądał bardzo piękne, zielone, nadwarciańskie pejzaże ojca. Jeśli takie były, a nie zostały darowane przyjaciołom, to z pewnością uległy zamalowaniu lub zniszczeniu, jak niemal wszystkie obrazy olejne stworzone przed 1927 rokiem, które uznał za nieodpowiadające jego wizji. Na pierwszej wystawie indywidualnej w Salonie 35, którą artysta, nakłoniony przez Wacława Taranczewskiego, zadebiutował publicznie jako malarz, najwcześniejsze z wystawionych dzieł datuje się na rok 1928{3} .
Życzliwość krytyki i pełne aplauzu zainteresowanie artystów, przed którymi na ogół ojciec do tej pory ukrywał swą twórczość, utwierdziły go w dość późno odkrytym powołaniu. „Zaledwie kilku bliższych znajomych wiedziało o tem, że coś tam sobie maluje” – pisał o Spychalskim malarz i krytyk Jan Mroziński – Aż tu nareszcie pierwsza wystawa – i rewelacyjne odkrycie zakonspirowanego talentu. [...] Nowy kolega, dobry i oryginalny. Po prostu wydarzenie niecodzienne dla życia artystycznego Poznania – a zarazem konsternacja i kłopot. Co z nim zrobić? gdzie go umieścić?” Indywidualność, w której widać znaczną kulturę estetyczną, nie pozwala go – jak zauważa Mroziński – zaliczyć do żadnej szkoły, co samo decyduje o poziomie sztuki Jana Spychalskiego, który „stwarza swą własną rzeczywistość malarską, oglądaną spojrzeniem [...] szczerego obserwatora – nic a nic z recepty, z maniery jakiejś szkoły malarskiej. Tak nam pokazuje graniaste domki na tle soczystej zieleni, wagoniki, mosty kolejowe, zabudowania fabryczne najeżone groźnymi kominami, łagodnie zielenią falujące wzgórza czy romantyczny jar usypisk piaskowych w Chłapowie, czy wreszcie kwiaty we flakonach lub szkle [...], że [...] nad tą na swój sposób obmyślaną naturą [...] unosi się jakiś czar poetyczności o wyraźnym nasileniu liryzmu i tętnie muzycznego rytmu”.
W zakończeniu swej recenzji z wystawy Mroziński konkludował: „Do gromadki miejscowych artystów przybywa nowy i prawdziwy talent, zasilający jej liczbę poważną pozycją. Należałoby [go] koniecznie [...] pokazać poza granicami naszej artystycznej metropolji. Dobrze, iż się zdekonspirował”{4} .
Ojciec od wielu lat systematycznie obcował ze sztuką – oglądał wystawy – wiele czytał i na bieżąco Śledził współczesne przemiany sztuki oraz osiągnięcia teoretycznej refleksji nad nią na zachodzie. Zdawał sobie sprawę z niekwestionowanych walorów plastycznego wykształcenia akademickiego, ale również z pułapek stylów, szkół i powielanych schematów widzenia. Sam szukał Środków malarskich, które zdolne byłyby oddać nie tylko jego indywidualny, poetycki sposób widzenia Świata, ale uchwycić w obrazie czy dać w nim przynajmniej przeczucie duchowej strony rzeczywistości. Tutaj był w pewnym sensie spadkobiercą ideologii „Zdroju”. Po latach, już po Śmierci ojca, Władysław Skotarek stwierdził, że jedynie malarstwo Spychalskiego osiągnęło tę intensywność duchowego wyrazu, której wszyscy artyści „Buntu” poszukiwali{5} .

Bardzo wiele motywów obrazów Jana Spychalskiego zostało zainspirowanych widokiem najbliższego otoczenia. Nigdy specjalnie nie aranżowane, proste układy martwych natur – flakony z gałązkami, doniczka ze szkarłatnym tulipanem, obraz na sztaludze czy buteleczka werniksu na stoliku lub wnętrze z czerwonym fotelem, dzbanem na marmurowej płycie i odgarniętym na kaloryfer barwnym pasiakiem – stawały się pod pędzlem artysty czymś więcej niż portretem fragmentu realności, czymś więcej też niż czysto malarskim poszukiwaniem harmonii kompozycji i koloru. Tego koloru, którego wyszukaną subtelność i Świetlistość zauważyła krytyka od razu jako jeden z głównych walorów malarstwa Spychalskiego. Dwie gruszki leżące na talerzu pod delikatnym jak tchnienie profilem szkła lśniącego na mrocznym tle (pewnie dębowego bufetu w jadalni), ujęta od tyłu postać leżącej żony w sztywnym, szarobłękitnym obramieniu architektonicznej wnęki czy spokojny, streficzny układ widoku z pracowni na biały mur skontrastowany rytmem ciemnych drzew i telegraficznych słupów – wszystko to staje się jakimś jedynym, trafnie znalezionym poetyckim słowem. Ale – parafrazując Rilkego – powiedzianym tak, jak nawet samym rzeczom nie marzyło się nigdy.
Joanna Pollakówna, pisząc o sztuce Jana Spychalskiego, zauważa w jego obrazach „eliminowanie wszelkiej niekonieczności [...] skrót ścisły jak zadzierzgnięcie węzła, zaciśniętego po to, by wizerunek rzeczy dostępnych potocznemu doznaniu objawił się w swej nieoczekiwanej, pełnej treści duchowej wymowie. Ów „suwerenny ład”, nazywa „miarą” jego kompozycji „zawsze oszczędnych i czystych w swoim dociekaniu poetyckiej istoty, wypełnionych [...] imperatywną ciszą [...]”{6} . Zastanawiając się przy okazji analizy „Plaży” (nadwarciański motyw z 1938 roku) nad cichą harmonią tego obrazu, autorka wyczuwa w niej jakby u s u n i ę c i e się malarza. Więc pyta: „I ta jego nieobecność pozwala nam może rozpoznać sens p u s t k i przepełniającej obrazy Spychalskiego; czyż nie jest ona p u s t k ą kontemplacji? Czy rzeczywistość tych obrazów nie emanuje raczej z duchowości, niż z wyobraźni?”{7} .
Ale w takim razie, czy ważne jest w ogóle to, skąd Spychalski czerpał motyw malarskiego przedstawienia? Czy wiedza o tym, że zielono-błękitny krajobraz „Nad torem do Starołęki”, ukazujący w dziwnej perspektywie nasyp z wylotem tunelu, z którego wyłania się wózek lodziarza, odnosi się do konkretnego, dziś całkiem odmienionego odcinka byłej Szosy Okrężnej mówi coś więcej o tym obrazie? Czy tylko poszerza naszą wiedzę o artyście i właściwym mu procesie tworzenia, potwierdzając, że zwykłe przechadzki z dziećmi do Dębiny, w stronę Starołęki czy nadwarciańskich łęgów stawały się ważnym źródłem inspiracji? Żeliwna kratownica mostu na Warcie, bamberki w białych fartuchach na niedzielnym spacerze, budy wesołego miasteczka przy Drodze Dębińskiej – każdy z tych powszednich widoków mógł stać się punktem wyjścia artystycznej refleksji Spychalskiego. Tak samo jak zapewne jeden z licznych bunkrów ukrytych między drzewami Dębiny posłużył nieoczekiwanie jako motyw nader oryginalnej i dźwięcznej w barwie, kubizującej kompozycji „Stary fort” (1936, MNP).
Ojciec o swej metodzie pracy powiedział kiedyś: „Nie szukam – przedmiot sam wpada mi w oko”. Czy w tym zdaniu, które z pewnością jest odbiciem przekonania artysty, nie pobrzmiewa też wspomnienie pism filozofa czytanego przezeń od wczesnej młodości, Fryderyka Nietzsche, który reflektując nad twórczością, wyraził się w Ecce homo w ten sposób: „Nie szuka się, jeno się słyszy; bierze się, nie pytając kto daje; myśl rozświetla się jak błyskawica, w sposób nieuchronny i w formie wolnej od jakichkolwiek wahań – nigdy nie miałem wyboru”.
Tematem kompozycji krajobrazowych Spychalskiego były też wielokrotnie widoki znad morza z łodziami na brzegu, piaszczystymi wydmami, a zwłaszcza nabrzeża portowe z wysokimi sylwetami statków, kominów, masztów i lin takielunku. Te ostatnie motywy, jakby z góry już uporządkowane w geometrii brył, czystości rysunku i przezroczystej jasności przestrzeni, budziły szczególny oddźwięk w wyobraźni artysty (zob. np. „Ku stoczni”, 1935, MNP). Podobnie było z licznymi motywami z Sierakowa i jego okolic, gdzie ojciec mój jeździł od wczesnych lat 20. do swego brata lekarza i mieszkających u niego rodziców. Francuskie góry, Piaski, ciche jeziora pośród lasów, wspaniała, zwieńczona wieżami sylweta kościoła spinająca jak klejnot całą okolicę, stały się krainą niemal rodzinną. Przemierzaną różnymi szlakami z żoną, samotnie bądź z dziećmi. Rysowaną i fotografowaną. Tam zresztą, pod czułym okiem braterstwa, po ciężkiej w ciągu roku pracy ojciec najlepiej wypoczywał{8} .
Ten czas, który mimo skromnych warunków materialnych i koniecznej pracy zawodowej nie zostawiającej dość czasu na malowanie, przynosił coraz więcej sukcesów i nadziei, załamał się nagle we wrześniu 1939 roku.
Przypominam sobie te dni, dziwne sygnały i ostrzeżenia w radio, warkot nadlatujących samolotów, prowizoryczną maskę z białej gazy z celuloidowymi otworami w miejscach oczu zakładaną mi na twarz, huk bomb spadających tuż obok na wodociągi, przestrach rodzeństwa i wreszcie widok ojca tłumaczącego Joance, że nasza ucieczka w stronę Zaleszczyk, do Rumunii, nie miałaby sensu. Cały ten splot szybko po sobie następujących, nieznanych dotąd spraw był dla małego dziecka traumatycznym, niezapomnianym do tej pory przeżyciem.
Późną jesienią moja kuzynka Hanka Świeżawska wyruszyła jako konspiracyjna kurierka „Ojczyzny” przez Lwów i Węgry do rządu emigracyjnego w Paryżu. Niebawem i jej matka, Cecylia Świeżawska, postanowiła przedostać się przez granicę do Lwowa, do syna, który niedługo przed wybuchem wojny objął tam wysokie stanowisko w banku, sprowadzając zarazem z Paryża co dopiero poślubioną żonę. Żadna z nich nigdy już do Polski nie wróciła{9} .
W tym czasie też oboje rodzice, tak jak i inni polscy bibliotekarze, stracili pracę w Bibliotece Uniwersyteckiej. Po kilku miesiącach bezrobocia zostali zatrudnieni w Archiwum na Górze Przemysła, ale wiosną 1943 roku skończyło się i to. Od tej pory ojciec mój musiał cierpieć codzienną pracę w biurze Spółki Elektryfikacyjnej, a matka trafiła jeszcze gorzej, bo jako robotnica do fabryki baterii Centra.

W sierpniu 1940 roku straciliśmy też ostatecznie nasze rodzinne gniazdo przy Lipowej – mieszkanie, które nieraz już rodzice chcieli zmienić, bo stało się dla nich zbyt ciasne, lecz zawsze przeważyła uroda tego miejsca i szczególna atmosfera, w której tak dobrze się ojcu malowało. Po wielkich staraniach i poszukiwaniach udało się znaleźć skromne lokum niedaleko, przy ul. Dębieckiej 15 (Eichwaldweg), tuż obok małego kościółka, który półtora roku później Niemcy zburzyli. Po Świątyni pozostała tylko betonowa posadzka, okalające ją wysokie, biało kwitnące akacje i krzewy oraz plebania w głębi, w której niebawem zamieszkał jakiś gestapowiec z żoną. Do parafii należał też przyległy teren z ochronką prowadzoną przed wojną przez siostry i dwoma budynkami w głębi rozległego podwórza. Zamieszkaliśmy w parterowym domku przedszkola, zajmując dwa połączone drzwiami pokoje i przechodnie (też dla sąsiadów) pomieszczenie, zaadaptowane na kuchnię. Było nas wówczas siedmioro, bo ciągle jeszcze mieszkała z nami, pomagając mojej mamie, Marysia, która dopiero później, na skutek zarządzeń okupacyjnych władz, musiała odejść do pracy u Niemców. W domu tym znalazły schronienie jeszcze dwie inne rodziny, podobnie jak my wyrzucone ze swoich mieszkań. Również budynki gospodarcze w podwórzu zasiedliły trzy rodziny z podrastającą młodzieżą{10} .
To podwórze, z dalekim widokiem na wschód, przez Dębinę ku Starołęce na wysokim nadwarciańskim brzegu, porośnięte trawą i dzikim zielem, do dziś pachnie mi wspomnieniem rumianku rozdeptywanego stopami dzieci. Zimą, zasypane Śniegiem, umożliwiało budowę lodowego igloo i wspaniałe w wyobraźni, arktyczne podróże. Ale to jedna tylko z perspektyw małego człowieczka, który, z konieczności wyzwolony z poprzednich rygorów wychowania, zachłystywał się rozmaitością dziecięcego towarzystwa, dzikością zabaw i egzotyczną barwą poznańskiej gwary. Inna, to częste uczucie zimna i głodu. Nieustanny, nie do końca zaspokajany apetyt i poranne kromki chleba zostawiane w stosownych do wieku czterech porcjach na rzeźbionym drewnianym talerzu i oznaczone imionami dzieci pięknym pismem ojca. Zdrowie dzieci, w obliczu coraz gorszych, wojennych warunków materialnych, napełniało rodziców nieustanną troską. Ojciec, który sam osiągnął już, jak donosił przyjacielowi, wagę kogucią, szukał różnych możliwości zaradzenia brakom: przynosił tran (ta łyżka wieczorem to był koszmarny dla nas okupacyjny rytuał), jakieś słody i dziwne odżywki dostępne bez recepty w aptece. Wiosną i latem jadaliśmy z jego inspiracji witaminowe sałatki z młodej pokrzywy i lebiody. Leczył nas z różnych przeziębień i odmrożeń, a i znajomych wkoło z poważniejszych przypadków, homeopatycznymi specyfikami, bo homeopatią i roślinami interesował się od dawna.
Ojciec także wespół z mamą pilnowali naszej edukacji, bo przecież szkoły dla polskich dzieci były niedostępne. Wieczorne lekcje przy wspólnym stole, czasem przy Światełku karbidowej lampki. Matematyka przerabiana przez Różę z ojcem, moja nauka czytania. Dzięki reżimowi, jaki nałożyła na mnie najstarsza, zaledwie trzynastoletnia wówczas siostra, moje dni wzbogaciła od szóstego roku życia zachłanna lektura. Od „Ala ma asa” i Chaty wuja Toma szybko przeszłyśmy do Ballad i romansów, co Joankę najbardziej wtedy fascynowało.
To, co w perspektywie dziecka, które łatwo się do nowej sytuacji przyzwyczaja, wydawało się niemal normalne, a nawet niepozbawione atrakcji, zupełnie inaczej ujmował ogląd dorosłych. Ojciec bardzo ciężko przeżywał czas wojny, i to na wszystkich płaszczyznach. Apokalipsa wojenna przerażała go jako potworne załamanie cywilizacji i kataklizm kultury. Teoria i praktyka ideologii nadczłowieka i podludzi przekonywały go, że kultura zachodnia nie przyswoiła sobie w gruncie rzeczy zrozumienia prawdziwej istoty człowieczeństwa. W liście do przyjaciela, po opisie swego ówczesnego bytowania, zauważał: „Lecz te sprawy codzienne, to nienajgorsze wobec moralnego udręczenia [...], pragnąłbym wiedzieć czy tak boleśnie odczuwacie tragiczne dzieje Europy, jak moja biedna dusza [...]. Wojna wżera się coraz głębiej w serce... Może nie potrzebuje żadnego uzasadnienia, jak każda ostateczność człowiecza? Czy nią jest jednakże?”{11} . Interesował się Wschodem jako tym obszarem, z którego spodziewać się można było, jak sądzono niewiadomej przyszłości cywilizacji. Czytał różne dzieła historiozoficzne i filozoficzne, w których poszukiwał wyjaśnienia przyczyn tego, co się stało ze Światem.
Warunki okupacyjnego bytowania były dlań prawdziwą udręką. Najpierw to, co przeżywali wszyscy, a co dla wrażliwej psychiki ojca było niezwykle trudne: drastyczne ograniczenie wolności osobistej, policyjny ucisk i stałe poczucie zagrożenia. W pracy, nużącej i jałowej, uważać trzeba było na każde słowo. Jakoś się to udawało dzięki znakomitej znajomości języka niemieckiego. Skrajnie zła sytuacja materialna, zmęczenie i wycieńczenie organizmu nie podnosiły też nastroju, który mógłby artystę pogrążyć w tragizmie, gdyby nie intelektualna zdolność do dystansowania się autoironią i osobliwym czarnym humorem. „Nieraz nogi mnie ledwo niosą z miasta do domu. Proszę i błagam, by sił starczyło i zdrowia, by nie zginąć i przepaść w odmęcie, jaki się zaczął. Nie byłem nigdy zbyt skłonny do różowego patrzenia na Świat, więc teraz miewam chwile czarne już zupełnie”{12} .
Z nowego lokum przy Dębieckiej, mimo braku elementarnych wygód cywilizacyjnych, ojciec był zrazu zadowolony. Co prawda, trzeba było ograniczyć ilość sprzętów, oddać na przechowanie niektóre z własnych obrazów oraz znaczną część księgozbioru (pewne obrazy i większość książek nigdy już do nas nie wróciły), jednak po zręcznym urządzeniu pokoi znalazł się i wolny kąt do malowania. A z okien skierowanych na dwie strony Świata kusiły zachęcające artystę widoki: „domy dalekie, co przed wzeszłym jeszcze słońcem przerozkosznie mi się wpraszają oknami”, czy doznawane za naciśnięciem klamki i przeniesione w krajobraz malowany temperą powszednie „wrażenie komina żółtego sterczącego nad brunatnym lasem i kura białego biegnącego pod krzem”13 . Mimo wszelkich przeciwności i braku czasu ojciec starał się łowić każdą wolną chwilę i sposobność: „ z racji dni coraz krótszych [...] Siedzę jak panienka z okienka i łowię widoczki, akwarele drobne, głowiąc się nad tektoniką planów”. I rzeczywiście, z tego okresu datuje się szereg prac drobnych, a urzekających prawdą i szczególnością klimatu. Na przykład Celka, córka sąsiadów, odpoczywająca w cieple przed domem, gawędzące kobiety, dalej nachylone pod różnymi kątami nad murem płaszczyzny dachów i bryły ścian czy motywy z nowego, obłaskawianego dla sztuki wnętrza. Tu przeplata się z jednej strony niemal dokumentalna surowość ujęcia i oschłość malarskich Środków („Wojenna Święconka” czy „Wnętrze z chlebem”, oba z 1941 roku, wł. prywatna) z delikatną miękkością wyciszonej, choć wokół czerwieni rozegranej, gamy barwnej „Agnieszki przed szafką” czy nieopisaną czułością rysunku i wyrafinowaniem koloru „Kwiatów” (1943, MNW) lub „Bukietu” (ok.1942/43, wł. prywatna).

Kiedy latem 1941 roku nasze mieszkanie pomniejszyło się o jeden pokój, ojcu wydawało się, że to już koniec, że „został zamurowany żywcem”. Odczuł to jeszcze bardziej wówczas, gdy chcąc ulżyć żonie, przejął część jej domowych obowiązków, bo starsze dzieci musiały kolejno pójść do pracy. „Robotem stałem się do cna – za żywnością biegam, w domu pomagać trzeba, malowanie moje od kilku tygodni do tego zeszło, że pudło z farbami otwieram koło południa w niedzielę, zaczerpnąwszy zapachu farb, zamykam je pod wieczór. Nie rozpaczam już. Tak jestem spokojnie sterany”14 . Brakowało mu też Środowiska – wprawdzie odwiedzali nas regularnie Wacław Taranczewski (który, nie wiedzieć czemu nazywany przeze mnie Dziadkiem, przyniósł mi kiedyś nawet własnoręcznie zrobioną lalkę) i Paweł Pogowski, czasem też Jan Piasecki, lecz ojciec tęsknił do lśniącego wszystkimi barwami życia artystycznego, do artystycznej atmosfery, w której „pławić by się chciał i stopnieć jak ogarek”, a której poza domorosłą – jak pisał – dotąd nie zaznał. Kupował czasem, choć niezbyt je cenił, niemieckie czasopisma fachowe, starał się o włoskie „by porównać nikłą linię swego żywota malarskiego z tamtymi wielkoludami”. Muzyką upajał się przed afiszami, gdy po drodze do biura czytał program niedostępnego koncertu i ekscytujące słowa „partite – concerto – simfonia”. Wieczorami pisał i tłumaczył z francuskiego Henri Beyle’a (Stendhala) Histoire de la peinture italienne i Henri Focillona Vie de formes.
Ojciec jednak z każdego chwilowego załamania wychodził, na ile mógł, zwycięsko, bo jak wyznawał, „malować chcę, muszę i będę”. W przeciwieństwie do przygniatającej jednostajności dziejów i położenia, zdawało się – bez wyjścia, przed sztuką widział stale cudowne możliwości. Przekonanie o istotności i ponadczasowym znaczeniu piękna i prawdy zawartych w sztuce, doprowadziło go do niemal patetycznej konkluzji, że „cóż znaczy wszelkie tchórzostwo lub bohaterstwo, wobec jednego wezbranego akordu czy natchnionego koloru”.
W latach wojny malarstwo Jana Spychalskiego zaczęło się przeobrażać. Dwa obrazy: „Płaszcz” z 1942{15} , wiszący na drzwiach z zachowanym jakby kształtem postaci żony, i rygorystyczny w formie a smutny i szyderczy w wyrazie „Autoportret w kapeluszu” z 1944{16} , Świadczą o wznoszącej się w jego sztuce linii ekspresji i symboliki. Ojciec próbował też w szerszym zakresie innych od olejnej technik. Powstał cały cykl pasteli, dokończony po wojnie, poświęconych najczęściej żonie, obok tego szereg gwaszy o fantastycznych, czerpanych z wyobraźni motywach i większe kompozycje malowane temperą. Zaczęły się pojawiać, zapewne od czasu „Jeńców” (kolumna angielskich jeńców budująca w 1941 roku obok nas tory kolejowe łączące magistralę wschód-zachód), liczne, rysowane i malowane wyobrażenia tłumów, kontynuowane i po wojnie w takich obrazach, jak dużych rozmiarów „Kompozycja” i „Rewolucja”{17} .
Najważniejszy jednak był zainicjowany już na początku wojny, kontynuowany w jej trakcie i częściowo ukończony w 1946 roku cykl obrazów inspirowanych tematyką biblijną, choć do niej się nieograniczający („Kompozycja z namiotem”, „Uczta”, „Sąd”, „Sen Jakubowy” i koronne dzieło artysty „Walka Jakuba z aniołem”){18} . W tych wezbranych mrocznymi fioletami, czerwienią, szarością i płonącymi ugrami obrazach dochodzi do głosu symbolika losu i szczególnej egzystencji artysty{19} .
Z początkiem 1945 roku nadeszło upragnione wyzwolenie. Pewnego styczniowego wieczoru, po niezwykłym poprzednio ruchu ciężarówek, samochodów i konnych wozów, raptem nastała cisza. A w mroku ulicy rozjaśnianym bielą Śniegu, tylko dwie smętne sylwetki starych mężczyzn z pancerfaustami. Niedługo potem hałas, który wzięłam za staczanie z platformy na bruk beczek piwa do restauracji Tritta naprzeciw. To jednak był ostrzał. Przy wzmagającej się kanonadzie dorośli z sąsiedztwa uradzili, by schronić się w jedynej tu piwnicy, na plebanii, tymczasem opuszczonej już przez Niemców. Spaliśmy tam z mamą, rodzeństwem i sąsiadami. Zle się czułam w ciasnocie i zaduchu. Ojciec zajrzał do nas nad ranem i zabrał mnie. W mieszkaniu podał mi kubek ciepłej kawy i przy płomyku karbidówki, przy huku padających pocisków zaczęliśmy grać w warcaby. Piękna i mizerna twarz ojca pochylała się naprzeciw za stołem, ciemne włosy ginęły w półmroku, a mocna ręka rzucając cień, przesuwała pionki na szachownicy. Milcząc, udawaliśmy oboje, że nic strasznego się nie dzieje.
Za dnia weszli Rosjanie. Nad torem, w głębi podwórza ustawili katiusze i rozpoczęli gwałtowny, ryczący i plujący ogniem ostrzał miasta. Nam polecili dla bezpieczeństwa opuścić dom. Więc, ciągnąc najpotrzebniejsze rzeczy na wózku, poszliśmy wszyscy na południe, w stronę Lubonia. Już znowu było ciemno. Śnieg skrzypiał pod nogami. Księżyc i pociski rozświetlały szosę pośród czarnych, zimowych drzew. Gdzieś padły koń cięty był na mięso przez głodnych ludzi, a w rowach zielone na białym Śniegu trupy żołnierzy wyciągały sztywne ręce ku niebu. Po dłuższej drodze zatrzymał nas posterunek Rosjan, ale znowu dzięki ojca znajomości rosyjskiego nie tylko puścili nas przyjaźnie, ale ojciec zdołał uchronić swój złoty zegarek budzący zainteresowanie kapitana.
Wkrótce wróciliśmy do domu na Lipową, gdzie niestety zastaliśmy już szybsze od nas i bardzo przedsiębiorcze lokatorki, a za chwilę zwaliło się czterdziestu Rosjan na kwaterę. Ależ było wesoło! Nie tylko libacje i upojne Śpiewy, ale i pewnego dnia pełne smutku odkrycie ojca, że żołnierze wzięli mu jakieś tuby z farbą olejną do oznaczenia czy poprawienia wyglądu swych samochodów.
A wszelkie materiały malarskie, tak trudno wówczas dostępne, były doprawdy dla mego ojca bezcennym skarbem.
Rodzice wrócili natychmiast do pracy w Bibliotece, ojciec jak dawniej jako kierownik Katalogu, matka – Działu Przybytków. Zaczęło się odnajdywanie i zbieranie dawnych przyjaciół, intensywna praca, mnóstwo projektów, kończenie obrazów wcześniej rozpoczętych, zaczynanie nowych. I udział w pierwszych po wojnie wystawach Związku Artystów Plastyków, w salonach poznańskich i ogólnopolskim w Warszawie. Czas pełen oczekiwań i nadziei. Niestety, serce, którego stan niepokoił ojca już w 1944 roku, dawało znać o sobie coraz częściej. Mimo opieki prof. Roguskiego i mego stryja stan zdrowia ojca, nadwerężony przejściami wojennymi, systematycznie się pogarszał. Ale rysował i malował ile mógł, Śledził Światową bibliografię, dbał o uzupełnienie w bibliotece wojennych luk w angielskim i amerykańskim piśmiennictwie o sztuce, sam zaczął uczyć się holenderskiego – kolejnego, bodaj ósmego już języka.
Ostatnie letnie wakacje ojciec spędził u brata w Sierakowie, gdzie i ja przyjechałam na dłużej. Chodziliśmy razem na spacery i rysowaliśmy oboje sierakowskie motywy. Namalowany wówczas przełamany „Most na Warcie” poświadcza rzeczywistą wiosenną powódź, ale w swym błękitno-zielonym zamgleniu koloru i wrażliwej kresce rysunku staje się zarazem wyznaniem osobistym – metaforą losu i kruchości życia.
Jan Spychalski zmarł 31 października 1946 roku{20} . Został pochowany niedaleko domu, na cmentarzu parafialnym Bożego Ciała przy ul. Bluszczowej.

1 Ślub Jana Spychalskiego i Antoniny Rożańskiej odbył się 17 VIII 1927 r. u Św. Jana na Komandorii.
2 Listy Władysława Lama do Joanny Spychalskiej z 1956 r. i do Agnieszki Ławniczakowej z 1958 r. w archiwum rodzinnym.
3 Zob. Katalog zbiorowej wystawy obrazów Jana Spychalskiego. „Salon 35”. Poznań, 3–30 V1936.
4 Jan Mroziński, Zakonspirowany talent (Wystawa prac Jana Spychalskiego w „Salonie 35”), „Kurier Poznański” nr 222 z 13 V 1936, s. 8.
5 Taki sąd sformułował W. Skotarek w rozmowie ze mną już po wystawie ojca
w poznańskim CBWA w 1956 r.
6 Precyzja ciszy. O malarstwie Jana Spychalskiego (1893–1946), w: J. Pollakówna, Myśląc o obrazach, Warszawa 1994, s. 60–61.
7 Ibidem, s. 68–69.
8 Brat Jana, dr med. Florian Spychalski (1895–1966), powstaniec wielkopolski, naczelny lekarz szpitala w Sierakowie; od dzieciństwa gorąco przywiązany do starszego brata był jego duchem opiekuńczym i nieraz wspierał go materialnie.
9 Anna Świeżawska-Wood (1913–1993), filolog polski; pierwszy kurier „Ojczyzny” z Poznania do rządu RP w Paryżu. Przebywała w Lizbonie, następnie zamieszkała
w Londynie, pracując w strukturach Rządu RP na obczyźnie i współpracując z prasą niepodległościową. Zmarła w Londynie.
Cecylia Świeżawska z d. Rożańska (1885–1948), filolog polski, profesorka Gimnazjum im. Dąbrówki w Poznaniu, aresztowana 31 XII 1939 r. przy próbie przekroczenia granicy i uwięziona w ZSRR. Wydostała się stamtąd z Armią gen. W. Andersa, przemierzyła jej szlak, współorganizując szkolnictwo dla uratowanych dzieci polskich w Iranie, Palestynie i Afryce Pn. Zmarła u syna w Paryżu.
10 W ochronce poza nami mieszkali pp. Kędziorowie, Łukowczykowie i, od lata 1941, w jednym z „naszych” pokoi, p. Rosińska z synkiem; jej mąż, organista naszej parafii, został zesłany do obozu w Mauthausen, gdzie zginął. W budynkach parafialnych „ognisk” mieszkali pp. Gemburowie, Kapturowie i Filipiakowie.
11 J. Spychalski, z listów do S. Szmaja z 18 II [1941] i 17 X [1942], w archiwum rodzinnym.
12 Z listu J. Spychalskiego do S. Szmaja z 21 V [1940], w archiwum rodzinnym.
13 Ibidem, dotyczy „Krajobrazu z kurą”, ok. 1943, wł. prywatna
14 List J. Spychalskiego do S. Szmaja z 28 X [1941 lub 1942], w archiwum rodzinnym.
15 Wł. Muzeum Narodowe w Warszawie.
16 Wł. Muzeum Narodowe w Szczecinie.
17 „Kompozycja”, 1945, wł. prywatna; „Rewolucja”, 1945-46, wł. Muzeum Sztuki
w Łodzi.
18 „Kompozycja z namiotem”, wł. prywatna, „Sen Jakubowy”, wł. prywatna depozyt
w Muzeum Narodowym w Poznaniu, pozostałe – wł. MNP
19 Obrazowi temu poświęcił znakomity esej M. Porębski: Walka Anioła z Jakubem; tekst złożony do druku w wydawnictwie, które będzie towarzyszyło wystawie monograficznej Jana Spychalskiego w 2004/2005 w Poznaniu, Warszawie i Krakowie.
20 W 10. rocznicę Śmierci, jesienią 1956 r., odbyła się w Poznaniu pierwsza retrospektywa twórczości Jana Spychalskiego. Wstęp do katalogu napisał, tak jak 20. lat wcześniej, Wacław Taranczewski. W 1958 r. miała miejsce kolejna, obszerniejsza ekspozycja malarstwa Spychalskiego, zaprezentowana w ramach Festiwalu Sztuk Plastycznych w Sopocie, a następnie jesienią w warszawskiej Zachęcie. Autorem tej wystawy był Ryszard Stanisławski, znakomity i wieloletni później dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi. On też zorganizował prezentacje malarstwa artysty za granicą, m.in. w Budapeszcie i w Berlinie. Obrazy Spychalskiego włączył też do prestiżowych pokazów sztuki polskiej w Genewie i Wenecji. Jednocześnie, prof. Zdzisław Kępiński umieścił obszerny zestaw dzieł Jana Spychalskiego w swojej nowo otwartej w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a pierwszej w Polsce, galerii sztuki współczesnej. Obrazy artysty pokazał też na wystawach sztuki polskiej w Brukseli i Sztokholmie, a na XXX Biennale Sztuki w Wenecji przygotował specjalny, indywidualny pokaz jego sztuki. W latach 1973–89 organizowano w Poznaniu Ogólnopolski Konkurs Malarski na Obraz im. Jana Spychalskiego, w którym obok znanych i cenionych artystów objawiło się wśród laureatów szereg nowych talentów. W 1997 r. ukazała się poświęcona Spychalskiemu książka T. Kostyrko Obraz i jego konteksty, a dwa lata później powstał wielokrotnie emitowany na antenie ogólnopolskiej film o sztuce artysty „Walka Jakuba z aniołem”. [...]
Tekst zilustrowano, wykorzystując następujące fotografie:
s. 59 – Jan Spychalski przy sztaludze (mieszkanie przy ul. Dębieckiej), 1941 (1942?)
s. 60 – „Biały mur”, kat. I, 94
s. 61 – Widok z piętra domu na ul. Wiśniową i biały mur, ok. 1941(?)
s. 63 – Jan Spychalski z trójką starszych dzieci przed domem, 1936
s. 65 – Jan Spychalski na ul. Św. Marcin (?), ok. 1938
s. 67 – Jan i Antonina Spychalscy z Agnieszką, w głębi Róża, w ogrodzie, 1938
s. 69 – Jan Spychalski przy sztaludze (mieszkanie przy ul. Dębieckiej), 1941 (1942?) [fragment]
s. 71 – Widok z piętra domu na ul. Wiśniową i biały mur, ok. 1941(?) [fragment]
Powyższy tekst jest przedrukiem z „Kroniki Miasta Poznania” 2004, nr 1, s. 282–301
